iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jedziemy dalej

Mija już ponad rok odkąd ostatni raz udzielałam się na blogu. I momentami nie był to łatwy czas. Najtrudniejsze było spotkanie ze śmiercią naszych psiaków.

Pod koniec stycznia po tajemniczej chorobie odeszła od nas nasza pierwsza suczka, 10-letnia Whisky. Wszystko wydarzyło się tak szybko, bo zaledwie w ciągu tygodnia. Straszny cios. Decydując się na takie życie dokładnie wiedziałam, że śmierć psów jest nieunikniona, jednak na co dzień staram się o tym nie myśleć i takie chwile są zawsze dla mnie oraz mojej rodziny bardzo ciężkie. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję.

Whisky

Kolejne miesiące upływały nam na normalnej pracy z klientami, treningach z psami, opiece nad nimi w kenelu oraz przygotowywaniu naszych zaprzęgowych projektów. Psiaki były zdrowe i szczęśliwe.
Niestety we wrześniu umarła nasza kolejna tym razem najstarsza sunia, 14-letnia Atka. I jak to w życiu bywa los nie oszczędzał jej na starość – zachorowała na padaczkę. Choroba ta może mieć przebieg od lekkiego do bardzo ciężkiego i bardzo trudne jest ustalenie dokładnej dawki leku, który czasami potrafi wyrządzić więcej szkód w organizmie od samej padaczki. Tak właśnie było w przypadku Atki. Leki otępiły ją tak bardzo, że nie mieliśmy z nią prawie żadnego kontaktu, a na dodatek na trzy tygodnie przed śmiercią dopadł Atkę paraliż tylnych łapek. Opiekowałam się nią non stop przez 24 godziny na dobę, pomagałam wstawać, karmiłam i kilka razy w nocy przekładałam z jednego boku na drugi, aby uniknąć odleżyn. Możecie sobie wyobrazić, jak te nie przespane noce dały mi mocno w kość, jednak nie potrafiłam podjąć decyzji o eutanazji, ponieważ Atka do końca swoich chwil miała bardzo silną wolę życia, jadła z apetytem i oprócz doskwierających jej dolegliwości była w całkiem dobrej formie.
Cała nasza rodzina otoczyła ja wspaniałą opieką i troską do ostatnich dni. Atka odeszła spokojnie, we śnie, wśród swoich psich i ludzkich przyjaciół.

Atka na stake-out'cie

Pod koniec listopada coś niedobrego zaczęło się dziać z naszą akitą amerykańską, 6 letnim Tośkiem, stracił apetyt i dręczyła go biegunka. Leki, zmiana diety i kolejne badania nie przynosiły zdecydowanej poprawy, Tosiek znikał w oczach. Jego organizm nie przyjmował już normalnego jedzenia i konieczne były kroplówki. Początkowo jeździliśmy na nie do naszego weta, szybko jednak nauczyłam się sama je podawać i nie musieliśmy już tak często dojeżdżać do oddalonej o ok. 30 km lecznicy po nieodśnieżonych, śliskich drogach.
Nasz wet dwoił się i troił, aby ustalić przyczynę choroby Tośka, niestety 21 grudnia podjęliśmy decyzję o eutanazji. Nie było już żadnych szans, wygrała choroba, najprawdopodobniej rak przewodu pokarmowego.

Tosiek

W tym samym czasie kiedy walczyliśmy o życie Tosia los stwierdził, że jeszcze za mało nam zmartwień i dołożył kolejne. Renia, 12 letnia suczka, mama czwórki naszych wspaniałych psiaków zachorowała na ropomacicze. Choroba ta może przybierać różne postacie i w przypadku Reni była to jej najgorsza wersja. Dla suni nie było już ratunku...
Podstępna choroba z dnia na dzień zaatakowała psiaka pełnego wigoru i radości życia, psiaka, który wyglądał i zachowywał się 5-6 latek. Renia mieszkała w kojcu razem ze swoimi dzieciaczkami, Małą i Muminem, i zawsze tak śmiesznie przekładała mordkę do głaskania przez oczka w siatce oraz wspaniale bawiła się ze swoją córeczką...

Renia

Jakby tego było mało Kacper zauważył, że jedna z naszych suczek - Anga ma duże rozcięcie na lewym kolanie. Zupełnie jej to nie przeszkadzało w szaleńczych zabawach ze swoimi córkami i siostrą, rana nie krwawiła a Anga zachowywała się tak jakby w ogóle jej nie bolała. Oczywiście nie obyło się bez szycia. Sunia po udanym zabiegu na czas zrośnięcia się rany zamieszkała w domu razem z Tośkiem. Przez prawie cały czas była niestety bardzo niespokojna, czego przyczyną jest bardzo silna więź łącząca ją z Rasti, Ruką i Sami, czyli suczkami z którymi dzieli kojec.
Po 14 dniach zdjęliśmy szwy i Anga cała szczęśliwa wróciła do swoich dziewczyn.

Anga - po prawej razem z Sabą w pierwszej parze

Musieliśmy też z różnych względów przełożyć nasz start w długodystansowych wyścigach w Norwegii na 2012 rok i skoncentrowaliśmy się na zaprzęgowej pracy z klientami.

Na szczęście oprócz tych wszystkich smutnych wydarzeń spotkało nas też sporo pozytywnych rzeczy. Niezaprzeczalnie najważniejszą z nich jest dołączenie do naszego stada nowych siedmiu wspaniałych psiaków.
Otóż pewnego dnia pod koniec marca otrzymaliśmy maila od maszerów znad Biebrzy, Grety i Wojtka, którzy tak jak my organizują wycieczki psimi zaprzęgami oraz inne atrakcje w otulinie Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz zajmują się adopcjami psów prowadząc dla nich dom tymczasowy.
Napisali oni, że w ich kenelu przebywają dorosłe, wytrenowane alaskan husky z Czech, które mają na koncie starty, a także zwycięstwa w długodystansowych wyścigach. Sport zaprzęgowy w Czechach jest o wiele bardziej rozwinięty niż w Polsce, a niektórzy maszerzy zrezygnowali ze startów w długodystansowych wyścigach na rzecz zawodów średniodystansowych, co pociągnęło za sobą wymianę psów na inne, szybsze. Jest to związane z postępującą w psich zaprzęgach specjalizacją. Psy biegające sprinty, średnie i długie dystanse bardzo różnią się od siebie. I tak Czesi zaczęli sprzedawać swoje alaskan husky.
Z jednej strony to trochę smutne, że pozbywają się tak wspaniałych psiaków, ja nigdy nie sprzedałabym żadnego z naszych psich przyjaciół, z drugiej zaś strony dzięki nim trafiły do nas fantastyczne, niezwykle towarzyskie i kontaktowe zwierzaki: Dante, DeDee, Pips, Zuza, Tanda, Arina i Nikola.
Nie wahaliśmy się zatem ani chwili i od razu ustaliliśmy termin naszego przyjazdu po alaskany nad Biebrzę :) Jak się potem okazało dzięki Grecie i Wojtkowi zaliczyliśmy fantastyczną wycieczkę po tamtejszych bagnach i okolicach.

Ale o tym w następnym poście :)

Komentarze (4)
Husky Adventure

Ostatnie upały nie sprzyjały nawet myśleniu o robieniu czegokolwiek z naszymi psami, ale tylko kiedy w zeszłym tygodniu się trochę ochłodziło postanowiliśmy jednak spróbować.
I stało się! Mamy za sobą pierwszy tego lata Husky Adventure, w którym wzięły udział dwie przemiłe dziewczyny z Warszawy Agnieszka i Ola.
Pogoda sprawiła nam psikusa i po orzeźwiającym porannym deszczu zrobiło się bardzo ciepło. Z wyjazdem do lasu musieliśmy poczekać więc do wieczora. Agnieszka i Ola mogły zatem spokojnie zapoznać się z naszymi 28 psami, które przyjaźnie machały ogonami i szczekały na widok nowych gości. Pochłonięci rozmową o psiakach, kotach i mushingu, zajadając ciacho nawet nie zauważyliśmy, że zrobiło się zdecydowanie chłodniej i możemy wyruszyć na spotkanie z zaprzęgową przygodą. Psy oczywiście wiedziały już co się święci i skakały oraz wyły z radości w kojcach. Po kolei wypuszczaliśmy je i ubieraliśmy w uprzęże, a następnie „pakowaliśmy” psiaki do ich ulubionej przyczepy i pojechaliśmy do lasu.
 
Cały proces podpinania psów do wózków to dla każdego naszego gościa jest zawsze niesamowity i niezapomniany widok. Podekscytowane psy skaczą, wyją i drapią ziemię nie mogąc doczekać się biegu. Ogarnięcie tej kipiącej adrenaliną bandy może z początku wydawać się niemożliwe, jednak to tylko pozory, psy zaraz po starcie uspokajają się i pędzą przed siebie skoncentrowane na biegu. Agnieszka i Ola były pod ogromnym wrażeniem wspaniałej pracy, którą z olbrzymim zaangażowaniem wykonują husky w zaprzęgu. Przemierzając leśne drogi robiliśmy postoje, aby psy odpoczęły i napiły się wody. Dziewczyny w tym czasie głaskały psiaki i robiły im zdjęcia.
Husky Adventure zakończyliśmy ok. godziny 22-giej podziwiając niesamowicie rozgwieżdżone, czyste niebo. Agnieszka i Ola wytrwale wypatrywały spadających gwiazd, które raz po raz pojawiały się na niebie. Obie przyznały, że dawno nie widziały tak cudownego widoku.

„wiedziałam, że będzie super, ale nie sądziłam, że będzie ..... brak słów... niesamowicie, przecudownie, wspaniale i do tego TYLU nowych przyjaciół :)”
 
Tak Agnieszka podsumowała na Facebooku pobyt w naszym kenelu. Takie słowa to najlepsza nagroda za naszą pracę sprawiające, że świat staje się dla nas lepszy a praca nabiera dodatkowego sensu.
 
W tym miejscu pozwolę sobie na mała reklamę.
Zapraszam Drogie Panie na moje Husky Adventure. Kilkugodzinne zajęcia z psimi zaprzęgami, pogaduchy przy kawie, czy herbacie i dobrym ciachu to zaledwie 200zł/os.
Wszystko odbywa się w kameralnych dwuosobowych grupach, z możliwością powiększenia ich o np. dwoje dzieci. Dzieciaki do 12 roku życia 50% zniżki.
Gwarantuję pozytywne emocje!
Zapraszam serdecznie :)

Komentarze (0)
Atka

Nasz najstarszy psiak – Atka obchodzi dzisiaj swoje 14 urodziny! Dla siberian husky to już poważny wiek, w którym nie trudno niestety o problemy zdrowotne. Życzymy Tobie Ateczko duuużo zdrowia i tej beztroskiej psiej radości :)

Latem pięć lat temu 9-letnia Atka razem z 4-letnim Molim pojawiła się w naszej rodzinie. Ich historia tak jak wielu naszych psów nie jest wesoła. Otóż, Atka urodziła się w hodowli pod Kwidzynem, w której kupiliśmy naszego pierwszego hasiorka Nanooka. Była tam jedną z suczek hodowlanych, jednak z jakiegoś powodu jej ówcześni właściciele nie chcieli się nią dalej opiekować i oddali ją innej początkującej hodowczyni na tzw. warunkach hodowlanych.
 
Zwyczaj ten szeroko rozpowszechniony w środowisku hodowców polega na tym, że nabywca takiej suni nie płaci za nią, tylko w rozliczeniu oddaje byłym właścicielom określoną w umowie liczbę szczeniaków z miotu, który suczka urodzi już w nowym domu.
Jest to dla nich wygodny, bezgotówkowy sposób, którego my nie pochwalamy, ponieważ traci się zupełnie kontrolę nad dalszym losem takiego maluszka.
 
W nowym domu Atka poznała Renię, która później też do nas trafiła. Dziewczyny nie darzyły się sympatią, to jednak nie miało znaczenia, gdyż ich rolą nie było bieganie w zaprzęgu, w którym psy muszą się co najmniej tolerować, bo ich bezkonfliktowa współpraca jest jednym z najważniejszych elementów udanego teamu.
One miały rodzić dużo pięknych, puszystych szczeniaczków na sprzedaż, i tak zarabiać na swoje utrzymanie. Z tego co wiem Atka u swojej drugiej właścicielki miała ok. 6 miotów po 10 maluchów w każdym. Obawiam się jednak, że mogło być ich jeszcze więcej.
Tak liczna ciąża jest bardzo wyczerpująca dla psiej mamy. Potrzebuje ona przez długi czas odpowiednio zbilansowanej karmy, ponieważ małe psiurki to straszliwe głodomory.
Niestety dieta Atki była uboga, a zbytnia ekspoloatacja suczki w efekcie spowodowała odwapnienie kości i zwyrodnienie kręgosłupa.
Jej ówczesna właścicielka zaklinała się, że zadba o polepszenie warunków życiowych Ateczki i że ma ona zapewnioną u niej spokojną emeryturę. Niestety jak się później okazało były to słowa rzucone na wiatr.
 
Pewnego dnia natrafiliśmy w gazecie na ogłoszenie, w którym znana nam pseudohodowczyni chciała oddać na warunkach hodowlanych ponad ośmioletnią już Atkę.
Suczki hodowlane zarejestrowane w Związku Kynologicznym muszą mieć co najmniej 18 miesięcy i nie więcej niż 8 lat, aby mogły rodzić rodowodowe szczenięta. Wielu pseudohodowców pozbywa się w najróżniejszy sposób suczek, które ukończyły 8 lat i nie mogą rodzić już rodowodowych szczeniaków, lub kryje je dalej i sprzedaje psy bez „papierów”, na które z racji niższej ceny jest o wiele więcej chętnych.
 
Oburzeni ogłoszeniem zadzwoniliśmy do niej, aby zapytać jak to możliwe. Byliśmy źli, że chcąc pozbyć się Atki nie skontaktowała się najpierw z nami, ponieważ mieliśmy już w domu córkę Ateczki i kolejny pies nie stanowiłby dla nas problemu, a wręcz przeciwnie był mile widziany do rozbudowy naszego zaprzęgowego teamu.
Kobieta twierdziła, że ktoś zrobił jej głupi kawał i ona nie ma nic wspólnego z tym ogłoszeniem. Dla nas oczywiste było, że to nieprawda. Było jej po prostu głupio zwrócić się z tym do nas, więc wolała oddać suczkę w ten sposób. Nie myliliśmy się. Atka była już w innej hodowli.
My jednak nie odpuściliśmy i po pewnym czasie udało nam się skontaktować z człowiekiem, do którego trafiła Atka. Okazał się nim być dobrze nam znany pseudohodowca z naszego województwa. Znudziła mu się hodowla psów i część z nich porozdawał jakimś ludziom. Na szczęście Atka jeszcze u niego była. A wraz z nią czteroletni Moli, też po przejściach, którego pseudohodowca nie zdążył się pozbyć. Postanowiliśmy więc zaopiekować nimi, i do dzisiaj mieszkają razem w kojcu, a Moli wspaniale biega w moim zaprzęgu.
 
Atka też miała okazję zasmakować życia prawdziwego zaprzęgowca, niestety ze względów zdrowotnych ( zwyrodnienie kręgosłupa, częste silne ciąże urojone, przebyta sterylizacja i operacja częściowego wycięcia listwy mlecznej – guzki w sutkach) była to krótka przygoda.
Z racji swojego wieku i ciężkich przeżyć cieszy się ona u nas szczególnymi względami. Bardzo ją wszyscy kochamy, jest ona miłą bezkonfliktową sunią, która zasłużyła na spokojną emeryturę. Życie niestety pisze inne scenariusze, i tak Atkę gnębią co jakiś czas problemy z kręgosłupem, od niedawna choruje również na padaczkę.
Choroba ta jest nieuleczalna i jedyne co możemy zrobić to podawać zwierzakowi leki eliminujące wyglądające naprawdę strasznie ataki padaczkowe. Trudno jednak jest określić prawidłową dawkę leku, a czasami jeden z nich nie działa właściwie i trzeba zmienić go na inny. Tak właśnie jest w przypadku naszej Ateczki, pomimo podawania leku pojawiają się u niej ataki. Jesteśmy zatem umówieni u naszego lekarza na wizytę, aby coś temu zaradzić.
 
Najsmutniejsze jest to, że po tych okropnych przejściach u pseudohodowców Atka musi zmagać się jeszcze z tak ciężką chorobą, jaką jest padaczka. Atak padaczkowy to także dla nas ogromnie stresujące przeżycie, ponieważ nie jesteśmy w stanie jej w tym czasie pomóc. Psiak wtedy nie orientuje się co z nim się dzieje, często traci świadomość i może nawet niechcący ugryźć człowieka. Dlatego bardzo ważna jest stała współpraca z wetem.
 
Przez te wszystkie lata poprzednia właścicielka Atki, dzięki której zarobiła nie małe pieniądze ani razu nie zainteresowała się jej losem. Nigdy nie będę w stanie zrozumieć takiego zachowania. Bycie hodowcą zwierząt to zajęcie dla odpowiedzialnych, kochających zwierzęta ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego jak ciężkiego i wymagającego nakładów finansowych zajęcia się podejmują. Niestety w Polsce bardzo prosto można zostać hodowcą i jeszcze dużo wody musi w Wiśle upłynąć, aby się to zmieniło.
 
Zajmujemy się psami zaprzęgowymi już od 11 lat i przez ten cały czas nie zdarzyło nam się sprzedać czy też oddać jakiegokolwiek psiaka. Są one dla nas przyjaciółmi i wspaniałymi partnerami na szlaku.
Tak więc jeszcze raz wszystkiego najlepszego kochana Atko :) Żyj nam w zdrowiu sto lat!
 

 

Komentarze (1)
Hot dogs

Z nieba leje się żar i niemal każdy marzy o wypadzie nad morze czy jezioro. Lody, zimne napoje, orzeźwiający prysznic, wentylator włączony przez całą dobę – to nasze sposoby na przetrwanie tych gorących dni. Nie, wcale nie narzekam, tak właśnie powinno wyglądać prawdziwe lato. Zresztą dla mnie każda pora roku ma w sobie coś pozytywnego i nawet podczas jesiennych deszczy można spędzić ciekawie czas. Wszystko zależy od nas samych.
Teraz też zamiast narzekać wzięłam do ręki książkę Aliny i Czesława Centkiewiczów pt. ”Kierunek Antarktyda” i aby się choć trochę ochłodzić przenoszę się w krainę lodu :)
 
A jak z takimi wysokimi temperaturami dają sobie radę psy północy? Wbrew pozorom naprawdę całkiem dobrze. Psiaki te już od wielu pokoleń mieszkają na naszej szerokości geograficznej i zdołały przystosować się do panujących tutaj warunków atmosferycznych. Ich gruba sierść jest doskonałym izolatorem zarówno zimą jak i latem. I tak na przegrzanie o wiele bardziej narażone na są psy porośnięte krótkim futrem.
 
Moje psiaki mieszkają w zadaszonych kojcach, podzielonych na boksy i wyposażonych w budy o płaskich dachach, ponieważ bardzo lubią na nich leżeć i obserwować wszystko z góry. Do swojej dyspozycji mają też duży wybieg, na który są wypuszczane kilka razy dziennie.
Woda w miskach jest wymieniana kilka razy dziennie, ponieważ szybko paruje i nagrzewa się, a psy wolą pić zimną. Nie zapominam też o wystawianiu na wybiegu miseczki z wodą dla ptaków, które mieszkają w okolicy.
 
Podczas letnich miesięcy wolnych od pracy w zaprzęgu moje husky większość dnia przesypiają, przybierając często bardzo śmieszne pozy. Na wybiegu każdy z nich zajmuje się swoimi sprawami. Jedne znajdują ochłodę w zacienionym, przyjemnym miejscu, a inne wręcz przeciwnie - „opalają się” w prażącym słońcu. Cały czas jest dla mnie nieodgadnione, że przebywanie na słońcu o wiele bardziej lubią suczki. Potrafią one leżeć tak dość długo i pomimo tego, iż szybko dyszą z gorąca, dopiero po pewnym czasie przenoszą się w cień. Wygląda to tak jakby chciały naładować akumulatory przed zimą :)
 
 
Szara Renia i ruda Mała - mama i córka wygrzewają się w słońcu.
 
 

Pasik odpoczywa w dziurze pod przyczepą.

Wraz z nadchodzącym wieczornym chłodem psy robią się coraz bardziej aktywne i skore do zabawy. A dość zimne noce to dla nich czas spokojnego odpoczynku. Te niesamowite zwierzaki równie dobrze jak lato umieją także przetrwać bardzo mroźną zimę. Podczas mojej wyprawy za koło podbiegunowe nie miały najmniejszych problemów z przystosowaniem się do temperatur poniżej – 30 stopni. I nawet długa licząca w obie strony ponad 5000 kilometrów podróż w specjalnie dla nich skonstruowanej przyczepie nie zgasiła w nich entuzjazmu, radości i energii do biegania. Psy północy potrafią odnaleźć się w każdej sytuacji. Czy mieszkają w domu (np. sunie podczas cieczki lub psiaki w trakcie leczenia), czy też na zewnątrz w kojcu wszędzie jest im dobrze i nie marudzą. Człowiek w tych i wielu innych sprawach może się od nich dużo nauczyć. A przede wszystkim tego, że trzeba się cieszyć każdą daną nam chwilą :)

Komentarze (2)
Syzyfowa praca

Nasze psy z powodu wyjątkowo mroźnej i długiej zimy niesamowicie zarosły grubym futrem, które jeszcze do niedawna szczelnie je okrywało. Jednak wraz z nadejściem naprawdę ciepłych dni podszerstek obumarł i zaczął całymi kłębami z nich wychodzić. Z pojawienia się nowego materiału do budowy gniazda ucieszyły się wielce mieszkające w zakamarkach naszego dachu mazurki oraz okoliczne pliszki siwe. Z dnia na dzień po kojcach i całym wybiegu zaczęły latać psie kudły. Przynajmniej 3 razy dziennie musimy wymiatać je z boksów, bo inaczej wysłane byłyby puchowym dywanikiem. Jest to niemalże syzyfowa praca, ponieważ każdy pies jest w innym stadium linienia a niech dodatkowo zacznie wiać wiatr to kłaki są już niemal wszędzie. Aby zmniejszyć choć trochę ich ilość wczoraj po południu postanowiliśmy wziąć psiaki w obroty i wyczesać je. Nie jest to wcale łatwa sprawa, ponieważ nie każdy z nich lubi tarmoszenie szczotką.

Oto plon „zebrany” z zaledwie 6 psów i to nie do końca wyczesanych! A zostało ich jeszcze 22 do obrobienia :)

 

Dołączcie do nas na Facebooku www.facebook.com/pages/SYBERIADA-ADVENTURE/125293544155172   Znajdziecie tam najświeższe informacje o organizowanych przez nas wycieczkach oraz wyprawach psimi zaprzęgami w Polsce i w fińskiej Laponii, a także mnóstwo newsy z życia naszego kenelu.
 
Serdecznie zapraszam :)

 

Komentarze (2)
Z bandą psów za granicę

Planując podróż zagraniczną ze swoim psem musimy pamiętać, że nasz zwierzak musi spełniać określone warunki. Różnią się one od siebie w zależności od kraju, do którego chcemy wyjechać, rasy psa lub jego wieku - do pewnych państw nie wolno przewozić psów ras uważanych za agresywne dla człowieka i innych zwierząt oraz tych, które z racji wieku poniżej 3 miesięcy nie mogą być jeszcze zaszczepione przeciwko wściekliźnie.

Przede wszystkim psiak powinien zostać oznakowany, czyli posiadać mikroczip po lewej stronie szyi/między łopatkami lub czytelny tatuaż w uchu albo pachwinie – mają go tylko psy rasowe, jest on uznawany do 03.07.2011 roku i w dodatku często bywa nieczytelny.
 
Oznakowanie psa mikroczipem jest więc o wiele bardziej korzystniejsze, ponieważ po pierwsze nie jest tak bolesne i stresujące jak wykonanie tatuażu, gdyż odbywa się ono tak samo jak zwykły zastrzyk, jedynie średnica igły jest trochę większa – mikroczip ma wielkość mniej więcej małego ziarenka ryżu. Jest ono również wykonywane przez specjalistę sterylną igłą co ma znaczenie dla bezpieczeństwa naszego pupila.
 
Natomiast tatuowanie ok. 5 tygodniowych szczeniaków przeprowadzane jest w oddziałach Związku Kynologicznego, mieszczących się niekiedy w wynajmowanej kilka razy w tygodniu sali szkolnej przy pomocy tatuownicy zaciskowej odkażanej jedynie spirytusem po każdym psie, często przy asyście mnóstwa kręcących się i palących papierosy ludzi wraz z psami. Tak właśnie było w naszym przypadku.
 
Po drugie czip jest bardzo trwały, może działać przez długie lata, w dodatku jego obecność pod skórą nie powoduje żadnych reakcji alergicznych. No i po trzecie nadaje on naszemu psiakowi unikalny numer, który przypisuje psa do nas – jego właścicieli. Jest to niezmiernie ważne w przypadku ucieczki, czy kradzieży naszego zwierzaka, gdyż w każdej chwili można znalezionego psa zidentyfikować przy pomocy czytnika i komputerowej bazy danych. Pies zostaje wpisany do niej w momencie oznakowania, czasami bywa że wprowadzenie do bazy jest dodatkowo płatne, ale myślę, że nie ma co w takiej sytuacji oszczędzać, gdyż korzyści z tego wpisu są bardzo duże.
Warto również dodać, że elektroniczne oznakowanie pomaga walczyć z bezdomnością zwierząt, nielegalnym handlem i ułatwia odnalezienie właściciela agresywnego psa, który pogryzł np. dziecko czy innego psiaka.
 
Po implantacji mikroczipa wet zaszczepi psa przeciwko wściekliźnie, a następnie wyrobi mu paszport, który nasz zwierzak otrzymuje na całe życie i zastępuje on jego książeczkę zdrowia.
 
Na 24 godziny przed planowanym przekroczeniem granicy nasz psiak powinien być jeszcze odrobaczony i poddany profilaktyce przeciwkleszczowej oraz zbadany przez lekarza, który w odpowiedniej rubryce paszportu podstempluje zgodę na wyjazd.
 
To wszystko może wydawać się trochę skomplikowane, jednak nie taki diabeł straszny jak go malują i nawet w naszym przypadku kiedy na wyjazd do Finlandii musieliśmy przygotować w ten sposób 17 psów cały ten proces przebiegł bardzo sprawnie, a nasz wet z Lecznicy weterynaryjnej „ Wyżyny” z Bydgoszczy pochwalił zachowanie naszych zwierzaków i powiedział, że praca z takimi pacjentami to wielka przyjemność :)
 
W czasie naszej podróży przez kraje Europy ani razu nie musieliśmy nawet pokazywać dokumentów naszych psów, przebiegła ona pomyślnie i szczęśliwie wróciliśmy do domu.
 
Po zasłużonym odpoczynku zabraliśmy się oczywiście do pracy nad naszym następnym projektem, startem w norweskim wyścigu Finnmarkslopet. Norwegia jak wiadomo nie należy do Unii Europejskiej i w kwestii przewozu psów stawia dodatkowe wymagania, które są nam doskonale znane. Jest to przede wszystkim badanie ilości przeciwciał przeciwko wściekliźnie w surowicy krwi psa, której próbka musi zostać pobrana między 120 a 365 dniem po szczepieniu.
 
Takie badanie wykonuje jedynie Instytut Weterynaryjny w Puławach oraz laboratorium w Niemczech, z usług którego korzysta nasza lecznica i kosztuje ono ok. 300 złotych od jednego psa! Co w naszym przypadku - 2 zaprzęgi po 8 psów + 4 psy rezerwowe oznacza wydatek rzędu ok. 6 tysięcy złotych!!! Pocieszający jest fakt, że jeśli będziemy trzymać się dokładnie terminów szczepień to tak kosztowny wydatek poniesiemy tylko jeden raz.
 
I wszystko byłoby ok, gdyby nie jedna informacja znaleziona gdzieś w internecie dotycząca zmiany rozporządzenia Komisji Unii Europejskiej regulującego kwestie przewożenia zwierząt domowych, w tym oczywiście psów na terenie krajów Unii Europejskiej. Otóż okazało się, że w momencie transportu więcej niż 5 psów potrzebny jest dodatkowy urzędowy dokument, coś w rodzaju świadectwa zdrowia. Oczywiście ani słowa o tym kto może je wystawić – każdy lekarz czy np. tylko powiatowy i ile ta dodatkowa przyjemność będzie nas kosztowała.
 
Zaczęliśmy ostro drążyć temat, ponieważ nie możemy sobie pozwolić na sytuację kiedy po wielu miesiącach ciężkich przygotowań do wyścigu nagle na granicy okaże się, że z powodu braku jakiś dokumentów nie możemy jej przekroczyć lub musimy zapłacić np. szwedzkim weterynarzom za wypisanie zaświadczeń kwotę, która zetnie nas z nóg. Zbyt wiele pracy, czasu i pieniędzy poświęcamy naszej działalności, aby do tego dopuścić.
 
Na jakimś psim forum ludzie snuli tylko swoje przypuszczenia, nigdzie nie mogliśmy znaleźć konkretów więc wpisaliśmy w google numer tego nieszczęsnego rozporządzenia. Jego treść była napisana takim językiem, że śmiem twierdzić iż sami jego twórcy nie wiedzą o co w nim chodzi :) Niestety dalej byliśmy w kropce, postanowiliśmy więc zadzwonić do wojewódzkiego lekarz weterynarii. Pan ten jak się okazało po raz pierwszy w ogóle usłyszał o przeprowadzonych w przepisach zmianach i poprosił żebyśmy zadzwonili nieco później jak on się czegoś dowie na ten temat. No super! Zadzwoniliśmy później i weterynarz poinformował nas mniej więcej o co w tym wszystkim chodzi, jednak sam do końca nie był tego pewny i polecił telefon do powiatowego lekarza weterynarii. A tam powtórka z rozrywki. W międzyczasie poradziliśmy się również weta opiekującego się na co dzień naszymi psiakami. Zabrał się on ostro do pracy i obiecał oddzwonić.
 
Wszystkie zaplanowane wcześniej na ten dzień sprawy poszły w odstawkę, unijne rozporządzenie stało się kwestią numer jeden.
 
Po popołudniu stał się cud! Zadzwonił do nas sam lekarz powiatowy z informacjami na temat nowych przepisów. Ze zdziwienia, że urzędnik państwowy przejął się sprawą i sam z siebie zatelefonował do petenta dosłownie opadły nam szczęki. A jednak są jeszcze na tym świecie porządni urzędnicy przykładający się do swojej pracy. 
 
Wieczorem odezwał się również nasz doktor Michał i przekazał nam bardzo podobne informacje. Damy radę!
 
Ostatecznie stanęło na tym, że przed planowanym wyjazdem zagranicznym musimy udać się z psami do lekarza powiatowego a on po uprzednim ich zbadaniu wypisze świadectwa zdrowia, które podstempluje swoją urzędową pieczęcią. Koszt tych dodatkowych dokumentów też na szczęście nie będzie taki tragiczny.
 
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie na wspomnianym psim forum do tej pory nie rozwikłali problemu z tymi nowymi dokumentami, wysyłając nawet oficjalne pisma w różne miejsca a my dotarliśmy do informacji w parę godzin. To się nazywa profesjonalizm :)

  

 

Komentarze (0)
Nowe wyzwanie

Jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy po Inarijarvi Expedition 2010, z której relację można przeczytać na naszym blogu www.syberiada-adventure.blogspot.com, a już zabraliśmy się ostro do pracy nad naszym następnym projektem, którym jest start w 500 kilometrowym wyścigu psich zaprzęgów Finnmarkslopet w Norwegii.

Marcowa wyprawa była dla nas sprawdzianem naszych możliwości i umiejętności oraz ogromnym źródłem wiedzy o Północy, mushingu, psach i o nas samych. Po jej zakończeniu spotkaliśmy się z całą masą pozytywnych reakcji, które są dla nas niesamowitą inspiracją i motywacją do podejmowania oraz realizacji kolejnych celów.

Jazda zaprzęgami po zamarzniętym jeziorze w Finlandii trwała równe trzy doby. Wyruszyliśmy w sobotę 20 marca ok. godziny 15-tej a we wtorek 23 marca zamknęliśmy pętlę wokół największego jeziora Laponii – Inarijarvi, pokonując w tym czasie 260 km.

Nasze psy spisały się znakomicie i nie miały żadnych problemów związanych z trudnymi warunkami, w których się znalazły, czyli z niskimi temperaturami oraz ogromnymi przestrzeniami bez wyraźnie zaznaczonych szlaków. Siberian i Alaskan Husky to niesamowite zwierzaki, jestem pełna podziwu dla ich niezwykłych możliwości.

Dzięki ciężkiej, wykonywanej z ogromnym zaangażowaniem pracy naszych psiaków zakończyliśmy wyprawę sukcesem i jako pierwsi maszerzy z Polski objechaliśmy arktyczne jezioro dookoła.
 
Naładowani pozytywną energią postanowiliśmy więc podjąć kolejne wyzwanie, czyli tym razem zmierzyć się z mrozem i śniegiem dalekiej Norwegii. Wyścig Finnmarkslopet rozgrywany jest na dwóch dystansach: 500 i 1000 km, jednak aby mieć możliwość wystartowania na 1000 km trzeba najpierw wykazać się wiedzą i umiejętnościami jazdy oraz opieki nad swoim zaprzęgiem na krótszym 500 kilometrowym dystansie.
Jesteśmy właśnie w trakcie poszukiwań dofinansowania naszego unikalnego projektu.
W Polsce jest raptem kilka osób zajmujących się długimi dystansami, w tym oprócz mnie nie ma żadnej kobiety, mam więc szansę być pierwszą Polką, która wystartuje w najdłuższym wyścigu w Europie, jednym z takich trzech na świecie i mocno wierzę, że nam się uda :)
 
Chcę Wam jeszcze bardzo podziękować za głosy oddane na nas w plebiscycie Złote Stopy - po trzech tygodniach jego trwania zajmujemy pierwsze miejsce w kategorii Ląd! Jest to dla nas niezwykle miłe, że aż tylu internautów głosuje akurat na nas i dzięki takim pozytywnym reakcjom jeszcze bardziej wierzymy, że to co robimy ma sens.

 

Komentarze (0)
Początek

Sympatyczne komentarze do rozmowy z Panią Ewą Paduch zaprezentowanej na portalu zmotywowały mnie do założenia tego bloga.

Chcę w nim pisać o różnych życiowych sprawach widzianych przez pryzmat tego czym się zajmuję, choć nie tylko.

Zapraszam do śledzenia mojego bloga.

Pozdrawiam serdecznie :)


 

Komentarze (2)
Najnowsze wpisy
2011-08-20 20:26 Jedziemy dalej
2010-08-16 13:59 Husky Adventure
2010-08-02 23:25 Atka
2010-07-13 11:01 Hot dogs
2010-07-09 21:41 Syzyfowa praca
O mnie
Daria Nowakowska

Matka, żona, maszerka. Psie zaprzęgi są moim sposobem na życie, organizuję wycieczki i wyprawy z psami północy. Długodystansowe wyścigi psich zaprzęgów i wyprawy są dla mnie kwintesencją mushingu.

Mój profil w iWoman.pl
Kategorie
Ogólne
Archiwum
Rok 2011
Rok 2010